Autor: Marko Kloos
Tłumaczenie: Piotr Kucharski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 07 marca 2025
Data oryginalnego wydania: 30 sierpnia 2022
Cykl / seria: Frontlines (tom 8)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 452
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788383750668
Język: polski
Cena z okładki: 54,90 zł
Tytuł oryginalny: Centers of Gravity
Kliknij, by wrócić do strony głównej
To już pożegnanie z Andrew Graysonem, kosmiczną krewetką, kapslem, który wyruszył na podbój kosmosu i spotkał się z Dryblasami. Słodko-gorzkie to pożegnanie, bowiem z jednej strony bardzo cieszy mnie fakt, że Fabryka Słów w końcu postanowiła zakończyć cykl i wydać ostatni tom (trochę to wydawnictwu zajęło, bo tom 7 został wydany w 2022 roku!), z drugiej, trochę smutek, że już nie ruszymy z majorem Graysonem w kolejną, kosmiczną misję... cały cykl Frontlines wspominam jednak bardzo dobrze, jako kawałek rewelacyjnego, militarnego SF, dlatego też... Cóż. Do gwiazd i piekła! Zapraszam!
_________________________________________________________
"Reguły wojny" kończą się - pi razy oko z chwilą, kiedy major Grayson wraz z załogą OWPA "Waszyngton" znajdują się jakieś dziewięćset lat świetlnych od układu Kapella, w obcym, dziwnym i nieznanym sobie układzie planetarnym. W tym tomie mierzymy się z tym faktem. Zupełnie obcy, nieznany nikomu układ, kończące się zapasy wody i żywności, a na domiar złego, ten świat pełen jest spokojnych Dryblasów, które jakby nigdy nic, korzystają z faktu, że... oto ich najpewniej rodzimy układ planetarny! "Waszyngton" ma więc problem - nie tylko musi się ukrywać przed Dryblasami, ale i wykombinować, jak uciec z tego zapomnianego przez bogów systemu... Kiedy ekipa techniczna odkrywa na jednym z księżyców wodę, sytuacja nie wydaje się tak kiepska, jednak wciąż brakuje pożywienia. Przed Andrew powstaje misja prawie niemożliwa - zejść na jeden z księżyców w tym układzie i sprawdzić, czy da radę zdobyć jakieś jedzenie, ale i zbadać najbliższą okolicę. Do wyszkolonej ekipy dołącza neurobiolog Elin Vanderberg, mająca za zadanie pobrać próbki. Misja pozornie niemożliwa, udaje się tylko połowicznie - nagle Dryblasy orientują się, że ludzie znaleźli się w ich spokojnej okolicy i czas wyeliminować zagrożenie... Stawką jest los nie tylko ludzi na pokładzie "Waszyngtona" ale i prawdopodobnie wszystkich ludzi w kosmosie. I nikt, na czele z Andrew Graysonem nie spodziewa się, co przyniesie przyszłość...
Ósmy tom naprawdę dobrego kawałka militarnego SF skończyło się, ale w sposób naprawdę dobry. Autor utrzymał poziom poprzednich tomów, acz musiałam sobie szybko przypominać, co się działo - tu niestety, sporo żalu mam do wydawnictwa o taki zabieg, taką czasową przerwę. Z jednej strony rozumiem, bo kwestia zysków i strat, z drugiej jednak... stara i dobra, amberowska praktyka niewydawania cykli do końca wydaje się wiecznie żywa ;) Ale nie o tym tu. Wracamy do książki. Autorowi świetnie udało się uzyskać poczucie osamotnienia, pustki i odległości do najbliższego człowieka - co z tego, że jesteśmy na statku, że mamy jakąś tam ekipę, w miarę mniej lub bardziej zgraną ekipę, odczuwamy tęsknotę. Za tym, co było, za bliskimi - to autorowi udało się naprawdę bardzo dobrze pokazać. Tą samotność jednostki w odległym i obcym układzie planetarnym. A jednocześnie jest namiastka nadziei. Przerażający, dziwni i niezrozumiali obcy, wojna, w której nie chcemy brać udziału, poczucie samotności, obcości, pragnienie powrotu i tęsknoty - ahhh, cóż to był za smakowity finał!
Mamy tu dokładnie to, do czego autor nas przyzwyczaił - chłopaka z nizin, który swoim szczęściem i umiejętnościami awansował, wspinał się po szczeblach kariery, ale jednocześnie nie stracił nic z pierwszych lat szkoleń - wszak to on spotkał się na marsie z Dryblasami i przeżył, więc może nam co nieco opowiedzieć. Ale nie chce, starzeje się, jest zmęczony. Chce spędzić w spokoju czas z żoną, ale los rzucił go w jakieś zadupie wszechświata, więc czy mu się to podoba czy nie, bierze udział w misjach, wykorzystuje swoje umiejętności i stara się przetrwać. Autor nie oszczędza tak jego jak i nas, czytelników - mamy więc bitwy zarówno na kosmiczną skalę, jak i te mniejsze, bardziej kameralne, ale nie mniej niebezpieczne. Ale wszystko to autor pokazuje w sposób realistyczny i taki nie owijający w bawełnę, nie idealizujący żołnierskiego życia. Andrew przez lata, na kartach powieści staje się zmęczony życiem świadomy tego, że wojna wyniszcza, niszczy, i pokoju nie będzie nigdy, bo Dryblasy i ludzie nie są rasami, które dążą do pokoju. To opowieść o koszmarze, który choć wymyślony, jest jednak w pewien sposób prawdziwy, prawdziwy, zabierający zdrowie i nierzadko życie towarzyszy broni. Autor nie bawi się w półśrodki - kiedy sytuacja na polu bitwy tego wymaga, nie boi się uśmiercać czy ranić bohaterów, a później wyciąga z tego konsekwencje. Przykład? Rewelacyjna scena miedzy SEALsem a Graysonem. Ta żałość, złość i ból, te emocje, które wymagają przepracowania, ale są trudne i ocierają się o akty braku dyscypliny.
Zaskakujący jest tu finał. I o matko, jakiż doskonale pasujący, jak świetnie zamykający całość! Tak, to wyjaśnienie, co się stało z frachtowcem, co się działo z osobami z ich otoczenia... Wow. No po prostu wow. Kiedy przeczytałam wyjaśnienia, moja szczęka znajdowała się na kolanach, podobnie jak u głównego bohatera. Tego się nie spodziewałam, ale było to absolutnie rewelacyjne i jako zabieg - tak! Tak! Chcę więcej! I choć smutne było czytanie o tym, że to już koniec, to zostaje jakaś iskierka nadziei, że choć to tylko postacie wymyślone, że to tylko fantazja autora - gdzieś tam w wyobraźni, układa im się po prostu dobrze...
Tak, to naprawdę świetny kawał SF, ale no - świetny nie tylko dlatego, że świetnie napisany, ale i świetnie przetłumaczony. Piotr pokazuje, że jest tłumaczem doprawdy pierwszoligowym, doskonale bawiącym się słowem, oddającym nie tylko zamysł autora, ale i pozwalający czytelnikowi na dogłębne poczucie świata, który mamy. Coś miałam okazję liznąć pracy tłumacza (Dolar, jesteś najlepszym nicem ever!) i serio, bardzo, ale bardzo doceniam profesjonalną warstwę, jaka tu została zrobiona, a tłumaczenia Piotra mogę zdecydowanie polecać w ciemno - chyba, że książka jest po prostu słaba, ale i tak wierzę, że wówczas tłumacz i tak da z siebie wszystko ;)
Postacie napisane są naprawdę solidnie. Wyczuwa się ich zmęczenie, rezygnację, strach. Pojawia się cień nadziei - mamy praktycznie cały przegląd emocji, które tu grają, które świetnie obrazują pogodzenie się z losem. Często autorzy zapominają o tym, że postacie czują, że tęsknią i myślą o tym, co by było, gdyby - tu na szczęście tak nie ma. Tu zastanawiamy się z bohaterami, co stanie się, gdy już wrócą i... jak nazwą pewną bakterię (ależ ja lubię Elin!), nie czują żalu za wypicie prawdziwej szkockiej tudzież są w stanie wyrazić swoją złość i żal, a także niedowierzanie.
W całokształcie "Środek ciężkości" to naprawdę przyjemny finał świetnego, militarnego SF, które pokochały dziesiątki fanów w Polsce a ile na świecie? Nie zliczę. Marko Kloos znów kazał nam zapinać pasy, znów zabrał nas w przejażdżkę, która zostawia nas z masą pytań, poczuciem strachu, adrenaliną i pragnieniem, by było tego więcej. Więcej i bardziej. Jeśli ktoś szuka naprawdę solidnego cyklu SF, to śmiało może sięgać po "Frontlines" - ta seria nie zawiedzie. Zarówno początkującego, który dopiero szuka czegoś w klimatach space opery, jak i już doświadczonych wyjadaczy, którzy chcieliby sięgnąć po coś lekkiego, ale jednocześnie nie dającego się oderwać - Kloos to marka, którą warto znać. I tylko żal ściska gdzieś w sercu, że Fabryka Słów uznała, że "Wojen Palladowych" tego autora nie dokończy... :(
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz